To niemożliwe. Napewno nie. Nie, nie, nie, nie!
Teraz kiedy jest już dobrze.
Przyjdź na cmentarz jutro o północy. W MOJE miejsce. Twój Louis xx
Kto robi sobie tak głupie żarty? Kto jest tak bezduszny? Kto chce doprowadzić mnie do głębszej depresji? Łzy napłynęły do kącików moich oczu i bez oporu spłynęły. Ludzie to jednak kanalie.
- Jeśli to na prawdę ty, Louis...daj mi jakiś znak. Wszystko jedno jaki. - wyszeptałam, jednak wiem, że jeśli ma mnie słyszeć to usłyszy.
I nic. Nic, a nic.
Wiedziałam.
Już chciałam wychodzić z poloju, aby iść do łazienki, gdy moje okno zaczęło stukać w górę i w dół. Dopiero po chwili zorientowałam się, iż jest to nieudolny mors. Ten sam wystukiwany rytm. Wsłuchałam się bardziej. Zrozumiałam: Zaufaj mi z powtarzającego się klepania.
O Boże. To on. To Louis. Mój Louis. Jest tu. Jest na ziemii.
To nie sen.
Zakryłam usta dłonią. Podbiegłam do szyby i szybko zatrzasnęłam ją. Na zewnątrz rozległ się grzmot.
Leżałam w łóżku i myślałam. Czy to znaczy, że Louis chce się pożegnać? A może chce tu zostać? Wszystko będzie jak dawniej?
Co ja gadam...on jest duchem! Nic nie będzie normalne!
Usłyszałam zamykane drzwi. Spojrzałam w ich stronę i zobaczyłam mamę. Zmartwiona usiadła na brzegu.
- Coś się stało? - zapytałam sennie
- Martwię soę o ciebie, skarbie. Minął miesiąc od pogrzebu, a ty dalej jesteś bez życia. Wciąż mało jesz. - położyłam rękę na mojej głowie.
- Już jest lepiej, mamo. O wiele, uwierz mi. - uśmiechnęłam się słabo.
- Wierzę Ci. Ale proszę, dbaj o siebie. - pocałowała mnie w głowę i wyszła.
Nie zasnęłam do trzeciej nad ranen. Przewracałam się z boku na bok, pociłam, ciężko oddychałam. Kiedy zasnęłam powróciły koszmary, które męczyły mnie po śmierci Lou. Obudziłam się o 7:30. To późno dla mnie jak na ostatnie tygodnie. Jest poniedziałek, więc muszę iść na uczelnię. Wstałam z łóżka, szybko je pościeliłam i poszłam się przyszykować. Nigdy nie noszę mocnego makijażu, dlatego podkreśliłam rzęsy tylko tuszem, a usta pomalowałam błyszczykiem. Ubrałam pierwsze lepsze ubrania, później rozczesując włosy. Zabrałam torbę z książkami, wrzuciłam do niej telefon i parę innych potrzebnych rzeczy poczym wkładając słuchawki do uszu, włączyłam mp4 i wyszłam z domu. Wczorajsza wiadomość nie dawała mo spokoju ani na moment. Wątpię, że skupie się dziś na wykładach.
Po drodze spotkałam Jade, z którą nie widziałan się parę dni, ponieważ wyjechała z rodzicami do jej babci na weekend. Postanowiłam nie mówić jej na razie o moim dzisiejszym wyjściu.
- Cóż...jak sobie radzisz? - skierowała głowę w moją stronę wyczekując odpowiedzi.
Och, jest wspaniale, właśnie powstrzymuję się od tego, żeby powiedzieć Ci o tym, że po północy mam spotkać się z Twoim nieżywym bratem, a moim chłopakiem. Tak, jest super.
- Jest...dobrze. - mruknęłam. - A ty?
Westchnęła i zniżyła wzrok na swoje buty.
- Lepiej. Ale dalej nie dobrze.
Wiem co czuła. Ale być może moja tęsknota zostanie dzisiaj zaspokojona?
Kiedy przeszłyśmy przez bramy uniwersytetu, każda z nas obrała za kierunek aulę, w której miała mieć wykład. Usiadłam na ławce, wyjmując również książkę "Szukając Alaski".
Nagle poczułam jak ławka skrzypi co sygnalizuje, iż ktoś usiadł koło mnie.
- John Green. Dobry wybór. - usłyszałam męski głos. Spojrzałam w bok. Siedział tam chłopak prawdopodobnie w moim wieku.
- Um...ta. Pisze książki najbardziej podobne do życia nastolatków. Wie co czujemy.
- Rzeczywiście. Jestem Sean - wyciągnął dłoń do mnie.
- Rachel. - uśmiechnęłam się.
Wydaje się być miłym chłopakiem. Z gustem.
- Ładne imię. Tak samo jak jego właścicielka. - ukazał rząd białych zebów.
Zaśmiałam się.
- Typowy podryw. Znam to. - roześmiałam się.
- Ja? Nigdy w życiu! - śmialiśmy się i żartowaliśmy razem aż do dzwonka. Sean okazał się sympatyczny i zabawny. Ale nie do tego stopnia co Louis.
Po skończonych zajęciach Sean odprowadził mnie do domu, co było bardzo uprzejme z jego strony, gdyż powoli się ściemniało, a Jade miała jeszcze zajęcia dodatkowe. Podziękowałam i odrazu podreptałam do swojego pokoju.
Po godzinie dwudziestej poczułam nieznajomy do teraz głód, więc zeszłam na dół po kanapkę, apotykając po drodze rodziców. Lekcje odrobiłam wcześniej, bo tak jak myślałam, nie umiem już myśleć. Stresuję się niemiłosiernie, minuta za minutą. W końcu wybiła dwudziestatrzecia. Zaczęłam się szykować. Nie wiem po co i dlaczego, ale chciałam wyglądać dobrze. Ubrałam długą, białą sukienkę i tego samego koloru futro do bioder. Usta pokryłam czerwoną szminką, a krucze włosy rozpuściłam. Najciszej jak tylko potrafiłam, wymknęłam się z mieszkania. Żołądek mi się zaciskał z każdym krokiem. Bałam się. Cholerlnie się bałam. Dziwię się, że w ogóle w to wierzę. Ale dostałam znak. Co ja tak właściwię robię?
Ach, idę na spotkanie z moim zmarłym chłopakiem.
Dotarłam na miejsce pięć minut przed czasem. Wolno ruszałam się w stronę grobu Lou. Stanęłam przed nim. Cała drżałam z zimna jak i przerażenia.
Wybiła północ.
Zdawało mi się, że wiatr się wzmógł. Szczelniej okryłam się futrem. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, gdy ten począł układać się w postać, razem z piachem wydobywającym się z ziemii. Odsunęłam się przetażona. Oniemiałam. Przede mną stał mężczyzna, który opuścił mnie by wrócić. Znowu go zobaczyłam. Łzy płynęły nie tylko z moich oczu. Niepewnie podeszłam bliżej. Zostałam przyciągnięta do jego klatki piersiowej. Martwej klatki piersiowej. Załkałam, a on ścieśnił uścisk.
- L-Louis - zająknęłam
- To ja. To ja, moja Rachel. Nigdy Cię już nie opiszczę. Obiecuję. - pocałował mnie w głowę.
Oddaliłam się od niego trochę.
- Oczekuję wyjaśnień. - powiedziałam pewnie.
- Nie dziś. Dzisiaj chcę Ci tylko powiedzieć, że musisz być ostrożna. Jestem tutaj tylko przez jedną rzecz. Ale ty masz unikać wszystkiego co nazywane jest Stylesem. Rozumiesz?-
Pokiwałam głową, chociaż nie rozumiałam. - Dobrze. A teraz pocałuj mnie.
Nie musiał prosić dwa razy. Wpiłam się w jego usta. Zimne wargi łączyły się z moimi rozgrzanymi. Tak bardzo mi tego brakowało.
- Od teraz obiecuję, że codziennie będę Cię odwiwdzał. Po północy. Ale ty obiecaj mi, że utrzymasz to w tajemnicy.
- Obiecuję. Ale tylko jeżeli wyjaśnisz mi co się stało. - zarządałam.
- Zgoda. Jutro o północy. Będę. - zaczął znikać. Tak po prostu.
- Louis! - krzyknęłam - Louis!
- Do zobaczenia, ukochana Rachel.
Rozpłynął się.
Wybiegłam z cmentarza. Dalej nie dowierzałam. Właśnie ponownie poczułam bliskość Louis'iego. To najwspanialsze uczucie pod słońcem. Nikomu o tym nie powiem.
Bo dwie osoby mogą zachować sekret tylko wtedy, kiedy jedna z nich jest martwa.
Hej,hej!
Ten rozdział miał wywołać ciarki, ale chyba nie pykło haha. Ale mam nadzieję, że trochę was zaintrygował. Dodaje teraz gdyż ponieważ byłam na feriach na odludziu bez internetu, wtf.
Nie gadam już tyle tylko zapraszam jeszcze na "Illegally & I" as moje drugie ff. All the love xx