sobota, 28 lutego 2015

Chapter Five

  Nawet jeśli bym chciała, to nie umiałam skupić się na literkach, które miałam przed oczami. Ból głowy ustał, jednak ja wciąż niepokiłam się o ten głos. kto to mógł być? Może  po prostu odświadomośc płata mi figle? 
Ale ta chrypka...znam ją. Jest mi znajoma. I taka realistyczna, jakby ktoś siedział w moim mózgu i tak gdyby nigdy nic mówił. A co mówił? Że nie będę szczęśliwa. Dlaczego? 
Mój chłopak wrócił - no tak jakby - i znowu mogę go spotkać, zobaczyć, pocałować. Co w tym złego i smutnego? 
Jeszcze nie wiedziałam.

Wzdrygnęłam się na sygnał powiadomienia o nowym mailu. Zdziwiona wstałam, przecież już dawno nie używam poczty elektronicznej. Wzięłam na kolana laptopa i kliknęłam na średnich rozmiarów kopertę na pulpicie, aby ją otworzyć. 
Droga Rachel, 
Tu doktor Fitz. Chciałbym wyrazić swoje gratulacje, ponieważ słyszałem o Twoich postępach w sprawie śmierci Louis'iego. Twoja matka mówiła mi, że radzisz sobie lepiej i jesz więcej. Jesteś bardzo silna. Jestem dumny. Jednakże piszę do Ciebie, gdyż dawno się już nie widzieliśmy, a Twoje karty zdrowia mają puste strony od paru miesięcy. Chciałbym, byś poinformowała rodziców o tym, iż chciałbym widzieć Cię na badaniach okresowych jutro w południe. Drogę do mojego gabinetu znasz. Mam nadzieję, że się pojawisz. 
                                                                                                                                   Pozdrawiam, Fitz.

Mimowolnie uśmiechnęłam się, bo uwielbiałam Ezrę. Zawsze miał sympatyczne podejście i nawet jego kiepskie żarty mnie rozśmieszały. Faktycznie dłużo nie byłam badana. Zamknęłam klapkę i zbiegłam na dół. 
- Mamo?! - zawołałam
- W Kuchni! - usłyszałam 
Podreptałam w tamtą stronę, żeby powiedzieć rodzicielce o moim jutrzejszym wyjściu. Pewnie będę musiała opuścić zajęcia, skoro mam być w południe.
- Dokrot Fitz napisał poprosiłmnie mailem, abym przyszła jutro na badania okresowe. Mam być przed południem, więc raczej nie pójdę na wykłady.
- Och, oczywiście. Cieszę się, że Cię zbada, dawno tam nie byłaś. - zwróciłam się do mnie przyjaźnie i kontynuowała wycieranie naczyń. - Chcesz coś zjeść? Jest już po dziewiętnastej. 
- Nie, dziękuję. Podjadałam sałatkę w pokoju. - uśmiechnęłam się.
Pokiwała tylko i odwzajemniła uśmiech. 
Wróciłam do swojego królestwa i zapominając o głosie, zaczęłam czytać. 
                                                                        ***
Dopiero teraz, dwie minuty przed północą, poczułam motyle w brzuchu. Nie bałam się już tak bardzo, jak przed pójściem na cmentarz. Uspokajało mnie to, że już widziałam Louis'ego i że jestem w swoim pokoju. Siedziałam przy zapalonej nocnej lapmce na łóżku i czekałam. Czekałam na niego, ale również na wyjaśnienia. Tak chciałam wszystko już wiedzieć...
Nagle poczułam ciarki i chłodny powiew. Coś w kącie błysło, dlatego moje serce trochę szybciej zabiło, jednakodetchnęłam, kiedy zobaczyłam po chwili Tomlinsona. Szeroko się do mnie uśmiechnął, a ja nie czekając, podbiegłam do niego i rzuciłam się mu na szyję. Dalej nie miałam zielonego pojęcia, jak to się dzieje, że mogę go w ogóle dotknąć, ale akurat to liczyło się najmniej. 
- Moja Rachel... - ucałował czubek mojej głowy. 
- Lou... - zaskamlałam. Właśnie zdałam sobie sprawę, że płakałam. Lecz były to łzy szczęścia.
- Już dobrze, słodka. - szepnął. - Chodż. Teraz dowiesz się o co w tym całym gównie chodzi.
Wzdrygnęłam się, ale usiadłam z nim na pościel. Chwycił moją dłoń w swoją zimną. Próbowałam ją ogrzać, jednak ona dalej taka była. 
I będzie już zawsze. 

- Słucham. - rzekłam.
- Zacznijmy od początku. Pamiętasz jak mówiłem, że nigdy nie chciałbym, żebyś przeze mnie cierpiała? - oczywiście. - Nigdy nie powiedziałem Ci o tym co robię. A wiesz co robiłem? Zabijałem ludzi. 
Rozszerzyłam oczy po ostatnim zdaniu. Jak on mógł mówić  o tym z taką...lekkością?
- C-Co? - ścisnęłam mocniej jego rękę.
- Nie miałem zamiaru narażać Cię na niebezpieczeństwo. Więc nic nie wiedziałaś. Wszystko szło dobrze, gdyby nie to, że zawaliłem pewną akcję. Wysłano mnie, żebym pozbył się kolesia, który podpadł mojemu szefowi. Gdybym tylko wiedział...
- C-co wiedział? - zająknęłam się piskliwie. Z całycn sił chciałam kodować w głowie to wszystko, ale szło mi to mizernie. Mój Louis zabójcą?
Westchnął.
- Oszukali mnie. To mnie chcieli pożegnać. Myśleli, że byłem szpiegiem. Kiedy wszedłem do jakiegoś starego magazynu, okazało się, że był tam on i cała załoga. Chciałem uciec, ale trafił prosto w aortę, anim jeszcze zdążyłem postawić pierwszy krok. 
Wybuchłam płaczem na te słowa. To była tak okropne wyobrażać sobie te rzeczy. Co zrobili niewinnemu człowiekowi. Co on robił!  
- Przepraszam, Rachel. Wiem, że jestem kompletym kretynem. Ale mam też inną sprawę. Do Ciebie. - podniósł mój podbródek. 
- Jaką? - wydukałam.
- Pamiętasz co mówiłem Ci o Stylesie? - przypomniałam sobie jego słowa na cmentarzu. 
- Tak 
- Skończył tak samo. Dlatego, że powiedziałem o tym jak przyjął łapówkę od sąsiedniego gangu. Teraz chce się zemścić. Sąd zadecydował o naszym wydaleniu. To pierwsza część jego planu. Mam przeczucie, że to nie wróży nic dobrego z jego strony, więc jak najszybciej muszę się przedostać przez sąd. A tylko ty możesz mi pomóc. 
Od tego przewracało mi się w żołądku. Jak miałam mu pomóc? Czy mam powiedzieć mu o głosie?
To nie jest dobry moment. 
- Nie wiem zupełnie jak, ale pomogę Ci Louis. - załkałam. 
Ponownie ukazał mi się jego piękny uśmiech.
- Kocham Cię, Rachel. - a potem mnie pocałował. 
   

Hej :D
Ja wiem, że to wszystko jest taaaakie pomieszane, ale spokojnie, będzie gorzej XD
Żartuję, chcę tylko powiedzieć, że wszystko stanie się niedługo jasne ;) 
Mogę prosić o komentarze?  
Zapraszam też na Illegally & I 
Love ya xx

piątek, 20 lutego 2015

Chapter Four

Cichutko weszłam z powrotem do mieszkania i podreptałam zmarznięta do swojego pokoju. Nie wierzę, że właśnie byłam na cmentarzu, ponownie miałam możliwość zobaczyć i pocałować Louis'iego, a rodzice nawet się nie obudzili. 

Nie, żeby mi to przeszkadzało. To wręcz wspaniale!

To jest tak chore! Powinnam teraz główkować i zastanawiać się czy inne dusze także mogą bezwiednie pojawiać się i znikać na ziemi, ale szczerze mnie to nie obchodziło. Liczyło się jedynie to, iż dokłanie piętnaście minut temu przytuliłam swojego chłopaka, za któym tak rozpaczliwie tęskniłam. Jeśli kiedykolwiek powiedziałam, że nie wierzę w cuda - zwracam honor.

Chwyciłam roztrzepana za piżamę i zamknęłam się w łazience. Zrzuciłam śnieżną sukienkę i futerko, a po zmyciu makijażu weszłam pod prysznic. Odkręciłam gorącą wodę, a po moim ciele przeszły przyjemne dreszcze. Swój cynamonowy żel rozsmarowałam na ramionach i szyi, aby szczegółnie tak dawał ładny aromat. Po odświeżeniu się, wyszłam z łazienki w ubraniu do spania i wysuszonymi włosami. 

Zgasiłam lampkę na szafce i położyłam się do łóżka, pierwszy raz zasypiając tak dobrze i bezproblemowo, wybawiona od złych snów. Koszmary nie powróciły tej nocy. Byłam tylko ja i on. Kiedy około siódmej nad ranem zadzwonił mój budzik, niechętnie opuściłam ciepłą kołdrę, zakładając na nogi kapcie. Wyjątkowo najpierw zeszłam na dół, by zjeść śniadanie, gdyż mój żołądek domagał się jedzenia szybciej, niż zdażyłabym nawet się przebrać. 

W kuchni krzątała się już moja mama. Widząc mój lekki uśmiech na ustach, również uniosła w górę swoje kąciki.

- Ktoś tu ma wreszcie dobry humor. Cieszę się, kruszyno. - podeszła mnie przytulić. 

Whoa. Ona naprawdę nic nie wie. 

- Tak jakoś...to nic takiego, mam lepszy dzień. - oddałam uścisk.

- Powiedz, to tej chłopak, który odprowadził Cię wczoraj do domu po szkole? Jak się nazywa, wygląda na miłego. - zapytała podekscytowana i podała mi talerz z jajkiem sadzonym i tostami. 

Miałam dzisiaj pierwszy wykład o godzinie 10.00, więc mogłam sobie pozwolić na takie śniadanie. 

- To Sean. Nowy przyjaciel. Lubię go, ale nic poza tym. jeszcze się nie wyleczyłam z...- udałam, iż dalej odczuwam tęsknotę po Louis'im, ale było wręcz przeciwnie. 

Dziś znów go zobaczę. Tym razem tutaj, w domu. 

- Rozumiem. Mogłabyś zaprosić go na obiad. Taty nie będzie, ma ważną konferencję za miastem. - usiadła naprzeciw mnie i również zaczęła jeść. 

- Cóż, nie widzę problemu. - myślę, że to świetnie, gdyby moja mama poznała Seana. Jest dobrym chłopakiem, a na uniwersytecie nie mam wiele znajomych oprócz niego i Jade. 

- Cudownie! - zaklaskała.

Zaśmiałam się na jej reakcję i podziękowałam za jedzenie wstając od stołu. Poszłam na górę, wybrać coś do ubrania na ten dzień. Miałam mieć dwie godziny wychowania fizycznego, dlatego zdecydowałam się po prostu na rurki i bluzę, łatwe do przebrania. Nie fatygowałam się z make-upem, przejeżdżając tylko błyszczykiem po ustach. Spakowałam książki do torby i kiedy miałam wychodzić z pokoju, usłyszałam w mojej głowie:

"Myślisz, że wszystko będzie takie idealne, księżniczko?"

Złapałam się za pulsującą skroń i zmarszczyłam brwi. 

Co to do jasnej cholery miało być?

Odetchnęłam i gdy nie usłyszałam ponownie już dziwnego, przerażającego głosu, zdezorientowana zeszłam do przedpokoju. 

Może tylko mi się wydawało. 

Zarzuciłam płaszcz na ramiona i żegnając się z mamą wyszłam z domu. 

Na dworze robiło się z dniem coraz cieplej. Cieszyłam się z tego powodu, iż uwielbiam obserwować jak wszystkie rośliny rodzą się do życia, ptaki powracają z ciepłych krajów, a słońce przygrzewa mocniej. 

Zajęcia minęły mi zaskakująco przyjemnie, może dlatego, że Jade poznała Seana, olubiła go tak samo jak ja, a ten zgodził się na obiad ze mnąi moją mamą. Zaprosiłam też Jade, lecz odmówiła z powodu wizyty u psychologa. Niewiele brakowało do także moich odwiedzin u Mrs.Mocha. 

Wracałam z przyjacielem przez szare ulice Doncaster. Rozmawialiśmy o rzeczach, które chcielibyśmy o sobie wiedzieć. 

- Um...a jak relacje towarzyskie? Masz chłopaka? - spytał nagle a ja chwilowo zamarłam. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Powiedzieć prawdę, czy skłamać. 

- Został zastrzelony jakiś miesiąc temu. - posmutniałam. Bo może i znowu jest ze mną, ale to nie zmienia faktu, że nadal nie żyje. 

- Prze-praszam, nie wiedziałem... - zmarszczył brwi

- Nie przepraszaj. - usmiechnęłam się. - Ciągle próbuję przyswoić się do tego, co się stało. 

Między nami panowała cisza, dopóki nie podeszliśmy po mój dom. Otworzyłam drzwi i po zdjęciu przez nas zbędnych ubrań i butów, zaprowadziłam go do kuchni. Moja rodzicielka odwróciła się, a na jej twarzy zapanował wielki uśmiech. 

- Witaj, skarbie - przytuliła mnie. - A ty jesteś pewnie Sean, cześć. 

 W przeciwieństwie do innych nastolatków, nigdy nie wstydziłam się mojej matki. Była dla wszystkich bardzo sympatyczna i zabawna, ale nie upokarzała mnie zdjęciami z dzieciństwa, ani opowieściami. 

- Zgadza się, ogromnie miło mi panią poznać. - ucałował jej dłoń. Ten spryciarz serio jest flirciarzem!

Usiedliśmy na swoich miejscach, a po podaniu pysznej - jak zwykle - porcji sałatki greckiej i kotleta schabowego, dołączyła do nas i kobieta. 

Rozmawialiśmy we trójkę podczas obiadu jaki i po nim. Po godzinie, chłopak oznajmił, że musi się zbierać, więc odprowadziłam go pod drzwi i pożegnałam. 

Pomogłam mamie sprzątać i przy okazji wsłuchiwałam się w jej pochwały na temat Seana. Niestety wyłączyłam się po słowach "Byłoby wspaniale, gdybyście byli parą"

Po wsystkim wróciłam pod swoje skromne progi i stwierdzając masę czasu i brak jakiegokolwiek stresu, chwuciłam ulubioną książkę. 

"Twoje szczęście nie potrwa tak długo, jak się spowiedzasz"

Po raz kolejny tego dnia poczułam ból i usłyszałam TEN głos. Teraz lepiej wiem, że to jednak nie było przesłyszenie. Męska chrypka pojawiła się w mojej głowie i nie wiem o co może chodzić. 

Ale te słowa to zdecydowanie to, co najbardziej wywołało dreszcze na moich placach. 

                                               _________________________________

hejka naklejka lol

W tym rozdziale praktycznie nic się nie dzieje, ale jednak coś tam coś tam.... :D

jak myslicie do kogo należy głos w głowie Rachel? :o

Dostanę chociaż komentarz za te wypociny? :)

All the love xx

Chapter Three

To niemożliwe. Napewno nie. Nie, nie, nie, nie!

Teraz kiedy jest już dobrze.

Przyjdź na cmentarz jutro o północy. W MOJE miejsce. Twój Louis xx

Kto robi sobie tak głupie żarty? Kto jest tak bezduszny? Kto chce doprowadzić mnie do głębszej depresji? Łzy napłynęły do kącików moich oczu i bez oporu spłynęły. Ludzie to jednak kanalie.

- Jeśli to na prawdę ty, Louis...daj mi jakiś znak. Wszystko jedno jaki. - wyszeptałam, jednak wiem, że jeśli ma mnie słyszeć to usłyszy.

I nic. Nic, a nic.

Wiedziałam.

Już chciałam wychodzić z poloju, aby iść do łazienki, gdy moje okno zaczęło stukać w górę i w dół. Dopiero po chwili zorientowałam się, iż jest to nieudolny mors. Ten sam wystukiwany rytm. Wsłuchałam się bardziej. Zrozumiałam: Zaufaj mi z powtarzającego się klepania.

O Boże. To on. To Louis. Mój Louis. Jest tu. Jest na ziemii.

To nie sen.

Zakryłam usta dłonią. Podbiegłam do szyby i szybko zatrzasnęłam ją. Na zewnątrz rozległ się grzmot.

Leżałam w łóżku i myślałam. Czy to znaczy, że Louis chce się pożegnać? A może chce tu zostać? Wszystko będzie jak dawniej?

Co ja gadam...on jest duchem! Nic nie będzie normalne!

Usłyszałam zamykane drzwi. Spojrzałam w ich stronę i zobaczyłam mamę. Zmartwiona usiadła na brzegu.

- Coś się stało? - zapytałam sennie

- Martwię soę o ciebie, skarbie. Minął miesiąc od pogrzebu, a ty dalej jesteś bez życia. Wciąż mało jesz. - położyłam rękę na mojej głowie.

- Już jest lepiej, mamo. O wiele, uwierz mi. - uśmiechnęłam się słabo.

- Wierzę Ci. Ale proszę, dbaj o siebie. - pocałowała mnie w głowę i wyszła.

Nie zasnęłam do trzeciej nad ranen. Przewracałam się z boku na bok, pociłam, ciężko oddychałam. Kiedy zasnęłam powróciły koszmary, które męczyły mnie po śmierci Lou. Obudziłam się o 7:30. To późno dla mnie jak na ostatnie tygodnie. Jest poniedziałek, więc muszę iść na uczelnię. Wstałam z łóżka, szybko je pościeliłam i poszłam się przyszykować. Nigdy nie noszę mocnego makijażu, dlatego podkreśliłam rzęsy tylko tuszem, a usta pomalowałam błyszczykiem. Ubrałam pierwsze lepsze ubrania, później rozczesując włosy. Zabrałam torbę z książkami, wrzuciłam do niej telefon i parę innych potrzebnych rzeczy poczym wkładając słuchawki do uszu, włączyłam mp4 i wyszłam z domu. Wczorajsza wiadomość nie dawała mo spokoju ani na moment. Wątpię, że skupie się dziś na wykładach.

Po drodze spotkałam Jade, z którą nie widziałan się parę dni, ponieważ wyjechała z rodzicami do jej babci na weekend. Postanowiłam nie mówić jej na razie o moim dzisiejszym wyjściu.

- Cóż...jak sobie radzisz? - skierowała głowę w moją stronę wyczekując odpowiedzi.

Och, jest wspaniale, właśnie powstrzymuję się od tego, żeby powiedzieć Ci o tym, że po północy mam spotkać się z Twoim nieżywym bratem, a moim chłopakiem. Tak, jest super.

- Jest...dobrze. - mruknęłam. - A ty?

Westchnęła i zniżyła wzrok na swoje buty.

- Lepiej. Ale dalej nie dobrze.

Wiem co czuła. Ale być może moja tęsknota zostanie dzisiaj zaspokojona?

Kiedy przeszłyśmy przez bramy uniwersytetu, każda z nas obrała za kierunek aulę, w której miała mieć wykład. Usiadłam na ławce, wyjmując również książkę "Szukając Alaski".

Nagle poczułam jak ławka skrzypi co sygnalizuje, iż ktoś usiadł koło mnie.

- John Green. Dobry wybór. - usłyszałam męski głos. Spojrzałam w bok. Siedział tam chłopak prawdopodobnie w moim wieku.

- Um...ta. Pisze książki najbardziej podobne do życia nastolatków. Wie co czujemy.

- Rzeczywiście. Jestem Sean - wyciągnął dłoń do mnie.

- Rachel. - uśmiechnęłam się.

Wydaje się być miłym chłopakiem. Z gustem.

- Ładne imię. Tak samo jak jego właścicielka. - ukazał rząd białych zebów.

Zaśmiałam się.

- Typowy podryw. Znam to. - roześmiałam się.

- Ja? Nigdy w życiu! - śmialiśmy się i żartowaliśmy razem aż do dzwonka. Sean okazał się sympatyczny i zabawny. Ale nie do tego stopnia co Louis.

Po skończonych zajęciach Sean odprowadził mnie do domu, co było bardzo uprzejme z jego strony, gdyż powoli się ściemniało, a Jade miała jeszcze zajęcia dodatkowe. Podziękowałam i odrazu podreptałam do swojego pokoju.

Po godzinie dwudziestej poczułam nieznajomy do teraz głód, więc zeszłam na dół po kanapkę, apotykając po drodze rodziców. Lekcje odrobiłam wcześniej, bo tak jak myślałam, nie umiem już myśleć. Stresuję się niemiłosiernie, minuta za minutą. W końcu wybiła dwudziestatrzecia. Zaczęłam się szykować. Nie wiem po co i dlaczego, ale chciałam wyglądać dobrze. Ubrałam długą, białą sukienkę i tego samego koloru futro do bioder. Usta pokryłam czerwoną szminką, a krucze włosy rozpuściłam. Najciszej jak tylko potrafiłam, wymknęłam się z mieszkania. Żołądek mi się zaciskał z każdym krokiem. Bałam się. Cholerlnie się bałam. Dziwię się, że w ogóle w to wierzę. Ale dostałam znak. Co ja tak właściwię robię?

Ach, idę na spotkanie z moim zmarłym chłopakiem.

Dotarłam na miejsce pięć minut przed czasem. Wolno ruszałam się w stronę grobu Lou. Stanęłam przed nim. Cała drżałam z zimna jak i przerażenia.

Wybiła północ.

Zdawało mi się, że wiatr się wzmógł. Szczelniej okryłam się futrem. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, gdy ten począł układać się w postać, razem z piachem wydobywającym się z ziemii. Odsunęłam się przetażona. Oniemiałam. Przede mną stał mężczyzna, który opuścił mnie by wrócić. Znowu go zobaczyłam. Łzy płynęły nie tylko z moich oczu. Niepewnie podeszłam bliżej. Zostałam przyciągnięta do jego klatki piersiowej. Martwej klatki piersiowej. Załkałam, a on ścieśnił uścisk.

- L-Louis - zająknęłam

- To ja. To ja, moja Rachel. Nigdy Cię już nie opiszczę. Obiecuję. - pocałował mnie w głowę.

Oddaliłam się od niego trochę.

- Oczekuję wyjaśnień. - powiedziałam pewnie.

- Nie dziś. Dzisiaj chcę Ci tylko powiedzieć, że musisz być ostrożna. Jestem tutaj tylko przez jedną rzecz. Ale ty masz unikać wszystkiego co nazywane jest Stylesem. Rozumiesz?-

Pokiwałam głową, chociaż nie rozumiałam. - Dobrze. A teraz pocałuj mnie.

Nie musiał prosić dwa razy. Wpiłam się w jego usta. Zimne wargi łączyły się z moimi rozgrzanymi. Tak bardzo mi tego brakowało.

- Od teraz obiecuję, że codziennie będę Cię odwiwdzał. Po północy. Ale ty obiecaj mi, że utrzymasz to w tajemnicy.

- Obiecuję. Ale tylko jeżeli wyjaśnisz mi co się stało. - zarządałam.

- Zgoda. Jutro o północy. Będę. - zaczął znikać. Tak po prostu.

- Louis! - krzyknęłam - Louis!

- Do zobaczenia, ukochana Rachel.

Rozpłynął się.

Wybiegłam z cmentarza. Dalej nie dowierzałam. Właśnie ponownie poczułam bliskość Louis'iego. To najwspanialsze uczucie pod słońcem. Nikomu o tym nie powiem.
Bo dwie osoby mogą zachować sekret tylko wtedy, kiedy jedna z nich jest martwa.

Hej,hej!
Ten rozdział miał wywołać ciarki, ale chyba nie pykło haha. Ale mam nadzieję, że trochę was zaintrygował. Dodaje teraz gdyż ponieważ byłam na feriach na odludziu bez internetu, wtf.
Nie gadam już tyle tylko zapraszam jeszcze na "Illegally & I" as moje drugie ff. All the love xx

piątek, 6 lutego 2015

Chapter Two

Dreptałyśmy zaśnieżonymi ulicami Doncaster. Każdy sklep, drzewo, napis, nawet asfalt nie pozwalał mi zapomnieć o rzeczach, które się w tych miejscach lub obok nich wydarzyły. Nie płakałam. Nie miałam siły. Dzisiaj zjadłam jedynie kanapkę na śniadanie, a na obiad gofra z truskawkami. Moi rodzice próbują mnie namawiać, abym jadła i piła więcej, lecz nie mogę. Po prostu nie daje rady przełykać jedzenia. 
- Rachel? - usłyszałam delikatny głos, dzięki czemu podniosłam gwałtownie głowę. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że gdyby nie moja przyjaciółka, przegapiłabym cmentarz. Zatrzymałam się i wróciłam parę kroków do tyłu. Teraz stałam koło dziewczyny i naprzeciw wejścia na te okropne miejsce. 
- Przepraszam... - wydusiłam - Zamyśliłam się.
Pokiwała mi na znak, że wie o czym mówię, a później obydwie przeszyłyśmy przez bramę. Kiedy doszłyśmy do odpowiedniego grobu, Jade wyjęła ze swojej torby dwa znicze, a ja zapałki. 
Ona zapaliła pierwszy, czerwony z literką "L", a ja biały z literką "T".
Nie dałam rady. Opadłam na ławeczkę i po raz kolejny przeczytałam napis na nagrobku, który już prawie znałam na pamięć jak pieprzoną regułkę.


"Zawsze będziemy pamiętać leżącego tutaj Louis'ego. Może i zginął tragicznie, z powodów, których nie pragniemy niż niczego innego znać, lecz Ci, którzy go kochali, będą go kochać dalej. Spoczywaj w pokoju, mamy nadzieję, że masz się dobrze."


Nie panowałam już nad łzami, które jedna za drugą spływały z kącików moich oczu. Zakryłam twarz dłońmi i cicho szlochałam, ponieważ nie było mnie stać na nic innego. Poczułam rękę na swoim ramieniu. Nie zmieniłam pozycji, bo dobrze wiedziałam, iż należy ona do siostry mojego chłopaka. 
- Rachel, popatrz na mnie. - niechętnie spojrzałam w górę. - On dalej Cię kocha. Jest tu teraz z nami i zawsze będzie. Szczególnie dla Ciebie. Kochał Cię bezgranicznie i zawsze chciał Cię bronić. Nie chciałby żebyśmy tak długo nad nim płakały. Więc musimy się w końcu ogarnąć. Zacząć od nowa. Nie wyrzucać go z naszej pamięci, ale jednak funkcjonować normalnie. Trzymajmy się razem, a wszystko będzie jak trzeba. - uśmiechnęła się delikatnie. 
Oczywiście, że miała rację. I chciałam spróbować. Chciałam spróbować zacząć wszystko od początku, Ułożyć sobie życie. Ale on zawsze w nim pozostanie. Głęboko w moim sercu. 

                                                           ~* Tydzień później *~

Wróciłam na studia, które opuszczałam przez te okropne trzy tygodnie. Uzupełniłam zaległości i jestem ze wszystkim na bieżąco. Ja i Jade dostałyśmy ogromne wsparcie od znajomych, co mnie zadziwiło, ale też poczułam się wspaniale. Pozbierałam się w sobie i nie płaczę już tak często. Regularnie chodzę na cmentarz i zostawiam tam po sobie ślad. Wydaje się, że wszystko wróciło do normy...
Pewnego dnia, znów wybrałam się zaświecić znicz, który tak bardzo mi się spodobał. Od razu gdy go zobaczyłam, wiedziałam, że muszę go kupić. Miał wykonanie na podstawie flagi Wielkiej Brytanii. Wiem jak bardzo kochał nas kraj. Jednak to był tylko szczegół. Napis, jaki znajdował się na nim...urzekł mnie.

"Ci, których już nie ma, zawsze wiedzą najlepiej."

To może nic specjalnego, ale ma znaczenie. Przynajmniej dla mnie - bardzo duże.
Zapaliłam zapałkę, niestety ta zgasła. Włożyłam ja z powrotem do pudełka i wyciągnęłam następną. Gdy ta odpaliła, szybko przeniosłam ją na knotek od wkładu. Zamknęłam znicz i usiadłam na znanej mi już ławeczce.
Nagle wszystkie te uczucia po raz kolejny powróciły. Oczy zaszły mi łzami, ale tym razem postanowiłam powiedzieć swoje, nawet jeśli ktoś tutaj jeszcze jest.
- Dlaczego mnie zostawiłeś? - spytałam, Wiem, że mnie słyszy. - Dlaczego nie powiedziałeś mi o swoim problemach? Może mogłabym Ci pomóc? - i tutaj skończył się mój cichy ton. Coś się we mnie rozpaliło. Z rozpaczy przyszedł czas na złość. Wściekłość.
- Twoje zasrane interesy Cię zniszczyły! Kochałam Cię! Kocham Cię! A ty mnie zostawiłeś! Nie radzę sobie...nijak! Boże, sama nie wiem czy bardziej za tobą tęsknię czy nienawidzę!
Gorzkie łzy płynęły strumieniami po moich policzkach. Nie musiałam patrzeć w lustro, aby wiedzieć, że moje oczy były czerwone, a makijaż zrujnowany.

                                                                          ~*~

Siedziałam przy biurku, odrabiając pracę domową z algebry. Na dworze było już ciemno więc nie zdołam pójść kupić nawet nowego znicza. Claris była od paru minut jakaś niespokojna. Wpatrywała się w jakiś punkt za oknem nieustannie. Jak nigdy. Nie interesowałam się tym, póki nie zaczęła syczeć. Wystraszyłam się, więc postanowiłam otworzyć okno i zobaczyć co jest na zewnątrz.
 Momentalnie na niebie pojawiły się błyskawice, a z nieba spadały wielkie krople deszczu.
Burza.
Nie, to wcale nie jest dziwnie i przerażające.
Rozejrzałam się, jednak nie dostrzegłam niczego godnego uwagi. Gdy chciałam zamykać, na parapet spadł kawałek papieru. Zszokowana chwyciłam go i w mgnieniu oka znalazłam się znów na krześle.
Nie wiedziałam czy otworzyć skrawek czy lepiej nie. Zdecydowałam, że to nie był przypadek i muszę zobaczyć co na niej pisze. Może to coś ważnego?
Po przeczytaniu wiadomości, myślałam, że ktoś robi sobie ze mnie jaja.
                                                                 ______________________
                                                                              Powracam xD
                                                                 Jeśli ktoś obecny - komentarz plz!
                                                                      Jak Wam się podoba? :D


czwartek, 28 sierpnia 2014

Chapter One

   Wracając z rodzicami z cmentarza, szłam zaśnieżoną dróżką prowadzącą do mojego domu. Byłam kilka kroków przed nimi. Może dlatego, że nie chciałam, aby kolejny raz patrzyli jak zalewam się łzami, czy po prostu chcę być sama. Mroźne powietrze wiało mi twarz, sprawiając, że moje mokre ślady o mało co nie zamieniały się w sople lodu. Ręce miałam schowane w kieszeniach mojej czarnej, grubej kurtki. Ciągle maszerowałam ze spuszczoną głową, co powodowało, iż moje długie, ciemne włosy pałętały się na mojej buzi. Ciężko stawiałam kroki, jednak nie poddawałam się i idąc dalej pozwalałam moim łzą dalej spływać.
Zapytacie - Dlaczego? 
Dlaczego wracam z cmentarza z rodzicami, chcę być sama, płaczę i jestem ubrana na czarno?
Otóż dokładnie 6 dni temu, dowiedziałam się o czymś, co odmieniło moje życie. Na gorsze.
Uczyniło je pozbawione kolorów, szczęścia, miłości. Ochoty do czegokolwiek.
Dowiedziałam się, że osoba, za którą to ja wskoczyłabym w ogień; nie żyje. Tą osobą był mój chłopak. Nazywał się Louis Tomlinson. Miał zaledwie 22 lata. Jak twierdzą "specjaliści" powodem zgonu było postrzelenie. Tylko jedno mnie zastanawia. Co on miał wspólnego ze strzelaninami?!
Nigdy nic mi nie powiedział, ale teraz raczej też niczego się nie dowiem. Mogę jedynie siedzieć i wypłakiwać oczy. Ten chłopak zmienił mnie. Wszystko zmienił. Pokazał, że należy cieszyć się tym, co mamy. Dalej mam przed  oczami obraz trumny, a w środku mojego Lou. On leży teraz sześć metrów po ziemią, a ja jestem tu. Jestem tu, a chcę być z nim. Przez te parę dni różne pomysły przychodziły mi do głowy. Nie było one inteligentne, ale wydawało mi się, iż to jedyne wyjście. Nie wyobrażam sobie teraz związać się z kimś innym, niż z nim. Kochałam, kocham i będę kochać tylko jego. Nawet za milion lat.

                                                                       ***

   Gdy doszliśmy do lokalu, w którym miała odbyć się stypa (nienawidzę tego słowa), usiadłam przy stole koło moich rodziców i obok siostry Louisa, a także mojej najlepszej przyjaciółki. To dzięki niemu się poznałyśmy. Gdyby nie Tommo, pewnie nie miałabym teraz nikogo oprócz mamy i taty. Wymieniłyśmy się słabymi, lecz szczerymi uśmiechami. Widać po niej, że ona również bardzo przeżywała śmierć brata. Na imię miała Jade. Była śliczną dziewczyną. Często zmieniała kolor włosów, co było dla mnie strasznie zabawne ale i szokujące, że potrafi pokazać się na mieście z fioletową głową. Obecni tutaj byli oczywiście co najważniejsze państwo Tomlinson. Trzymali się za ręce odkąd zamknięto trumnę. Reszta tego okropnego dnia minęła rzecz jasna na wspominaniu, co było dla mnie jak cios poniżej pasa. Kilkakrotnie musiałam wyjść do łazienki, aby zmyć i poprawić makijaż. Jade miała podobnie. Jedno wiedziałam na pewno. Nigdy w życiu nie czułam takie pustki.
   Kiedy siedziałam umyta i ubrana w moją piżamę na moim łóżku, postanowiłam, że zrobię coś, czego nie robiłam od momentu, w którym dowiedziałam się o śmierci Louisa. Chwyciłam w dłonie moją gitarę. Ułożyłam je na strunach i zaczęłam grać cicho przy tym podśpiewując.

*I'm standing on a bridge
I'm waiting in the dark
I thought that you'd be here by now
There's nothing but the rain
No footsteps on the ground
I'm listening but there's no sound

Isn't anyone trying to find me?
Won't somebody come take me home

It's a damn cold night
Trying to figure out this life
Won't you take me by the hand
Take me somewhere new
I don't know who you are
But I... I'm with you
I'm with you

I'm looking for a place
I'm searching for a face
Is anybody here I know
'Cause nothing's going right
And everythigns a mess
And no one likes to be alone

Isn't anyone trying to find me?
Won't somebody come take me home

It's a damn cold night
Trying to figure out this life
Won't you take me by the hand
Take me somewhere new
I don't know who you are
But I... I'm with you
I'm with you

Oh why is everything so confusing
Maybe I'm just out of my mind
Yeah yeah yeah...

It's a damn cold night
Trying to figure out this life
Won't you take me by the hand
Take me somewhere new
I don't know who you are
But I... I'm with you
I'm with you

Take me by the hand
Take me somewhere new
I don't know who you are
But I... I'm with you
I'm with you

Take me by the hand
Take me somewhere new
I don't know who you are
But I... I'm with you
I'm with you
I'm with you...*
   
   Gdy skończyłam, odłożyłam instrument na miejsce. Zauważyłam, że przywędrowała do mnie moja ruda kotka - Claris. Louis wymyślił dla niej imię. Widzicie? Wszystko mi o nim przypomina. Wzięłam zwierzątko na ręce i obróciłam tak, że leżała na pleckach. Uśmiechnęłam się lekko i odłożyłam ją na moją pościel. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, aby sprawdzić godzinę. Wybiła równo dwudziesta druga. Chciałam już się położyć, by jak najszybciej zakończyć ten chory dzień i rozpocząć nowy. Weszłam po ciepłą pierzynę, a Claris ułożyła się na linii moich bioder. Pogłaskałam ją już ostatni raz.- Dobranoc kocico. - postarałam się o słaby uśmiech. W odpowiedzi otrzymałam tylko krótkie mruczenie. Przymknęłam oczy i prawie od razu zasnęłam. 

                                                                             * 7 dni później *

   Ten tydzień nie minął najgorzej. Dużo widywałam się z Jade, która tak samo słabo jadła, dużo odpoczywała i z prawie z nikim nie rozmawiała. Marzec w tym roku był wyjątkowo zimny. Aczkolwiek śnieg powoli topniał. 
Siedziałyśmy na ławce w parku, gdzie pierwszy raz pocałowałam Louisa. Niesamowite, że było to już 2 lata temu. Zajadałyśmy się w ciszy naszymi goframi. 
- To tutaj pierwszy raz się całowaliśmy - powiedziałam zamyślona.
Jade obróciła głowę w moją stronę i delikatnie się uśmiechnęła, ale zaraz posmutniała. 
- Tutaj zgubiłam moją lalkę, kiedy miałam 5 lat. Znalazł ją. - moja przyjaciółka również skusiła się do rozmyślania.

- Rachel! Zaczekaj! - usłyszałam za sobą głos osoby, której od paru minut nienawidzę. 
- Zostaw mnie! - krzyknęłam płaczliwie i zaczęłam biec. Nie uciekłam jednak daleko, ponieważ zostałam odwrócona za ramię. Spuściłam wzrok, aby nie patrzeć w jego niebiesko-zielone tęczówki.
- Dlaczego? Dlaczego mi nie powiedziałeś, że się z kimś spotykasz? - zapytałam płacząc coraz bardziej.
- To była Annie! Moja kuzynka z Włoch! Przeprowadziła się tu! - było mi nie wyobrażalnie głupio. Zrobiłam z siebie totalną kretynkę. A do tego... - Czemu tak zareagowałaś?
- Bo...Louis...ja-ja czuję do Ciebie coś czego sama nie umiem określić. To jest silne i słabe jednocześnie. Ja...
Przerwał mi pocałunkiem. Byłam zaskoczona, ale nie zaprzeczyłam. Potrzebowałam go. 
- Kocham Cię Rachel.
- Kocham Cię Louis.

- Rache? Idziemy? - z retrospekcji wyrwał mnie głos dziewczyny. - Musimy iść jeszcze na cmentarz.
- T-tak. Jasne. Przepraszam. - spuściłam głowę i wstałam z ławeczki. 
Codziennie coś mi się przypomina. Ciągle widzę jego twarz. 

_____________________________________________________________________
Heeej! :D
Dziękuję, jesli to czytasz! Na początek chciałabym zobaczyć czy ktoś czyta tego bloga! Komentujcie czy Wam się podoba :) Pozdrawiam i zapraszam na moje inne blogi! <3 xx.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Prologue

 Strata najbliższej osoby zawsze jest dla nas okropna. Wydaje nam się, że Bóg zabrał go niesprawiedliwie. Mamy o to pretensje. Pytamy "Dlaczego?". Czasami nie dostajemy żadnego znaku, czemu. Jednak niekiedy dostajemy upragnioną odpowiedź. Występuje ona w różnych postaciach. Skromnych, lub bardziej rozwiniętych. 

Nikt z nas tak naprawdę nie spodziewa się tego, co się stanie i czy w ogóle się stanie. Bliska nam osoba może odejść wtedy, gdy jesteśmy przy niej. Nagle. Ale może stać się też tak, iż stanie się to w najmniej odpowiednim momencie. W takim., w którym żałujemy, że wcześniej nie pożegnaliśmy się tą osobą jak należy. 


   Nie jesteśmy zbytnio zaskoczeni, gdy umrze osoba starsza, schorowana. Spodziewaliśmy się tego. 
Lecz, kiedy to samo spotka młodą osobę, która miała przed sobą całe życie, i która znaczyła dla nas naprawdę wiele, mamy uczucie, że straciliśmy kogoś, kogo nikt inny nigdy nam nie zastąpi, chcemy zaszyć się w ciemnym kącie i rozpaczać nad sytuacją. 

   Nie zawsze wiemy jak się pozbierać. Dla jednych najlepszym pocieszycielem jest samotność i czas, a dla innych spotkania z nowymi ludźmi, rozrywka i brak zbędnych myśli. Mówi się, że czas leczy rany. Zależy jakiego rodzaju. 
Po rozstaniu z chłopakiem/dziewczyną mamy złamane serce do około miesiąca. Potem zaczynamy normalnie funkcjonować.
Ale gdy uświadomimy sobie, iż nigdy więcej nie zobaczymy ukochanej osoby...coś pęka i minie znacznie więcej czasu zanim wszystko wróci do normy.

   Wracając do wcześniejszych znaków od Boga. Co jeśli nadejdą one właśnie w tym momencie, kiedy akurat wszystko zacznie znów wracać do normy? Gdy silne wspomnienia powrócą? 


Kto powiedział, że nie dojdziemy po tym do siebie? Może to uczyni nas silniejszymi i sprawniejszymi do rzeczy, na które wcześniej nie mieliśmy ochoty przez rozpaczanie? Mamy wiarę, że TAM czuje się lepiej. 

Got a secret
Can you keep it?
Swear this one you'll save
Better lock it in your pocket
Taking this one to the grave
If I show you then I know you
Won't tell what I said
Cause two can keep a secret
If one of them is dead.
________________________________________________________
Witam! 
Po pierwsze: Wielkie dzięki za to, że tutaj jesteś!
Po drugie: Prolog może wydawać się strasznie poplątany i niezrozumiały, ale spokojnie.
Wszystko nabierze sensu w kolejnych rozdziałach. 
Po trzecie: Fragment piosenki na końcu będzie motywem przewodnim opowiadania. 
Możecie ją kojarzyć z Pretty Little Liars :)
I na koniec chciałabym podkreślić, iż Louis nie będzie tutaj żadnym 
Bad Boyem, Wyścigowcem, Dilerem itd. 
Myślę, że domyślacie się kim będzie ;)
ILY xx.